Film, gry komputerowe, komix i SF okiem Rafała Stanowskiego
środa, 04 sierpnia 2010
Fabryka Snów Nolana

Christopher Nolan zawsze lubił wodzić publiczność za nos. A przy okazji kręcił filmy nadzwyczaj sugestywne. Tak samo jest w przypadku „Incepcji”, o której wszyscy teraz głośno dyskutują.
Nie będę się wypierał – angielski reżyser należy do moich ulubionych twórców. Kręci kino zapadające w pamięć i wywołujące bezsenność, czyli jak najbardziej prestiżowe. Takie, o których się nie zapomina. I które przeżywa się z pełną intensywnością.
No właśnie, po „Memento” czułem się, jakbym cierpiał na zanik pamięci krótkotrwałej. Seans „Bezsenności” skutecznie przeganiał nocne mary. Po „Batmanie. Początku” marzyłem, by założyć czarną pelerynę, a projekcja „Prestiżu” zachęcała, by powrócić do marzenia z dzieciństwa i zgłębić sztukę iluzji. Wreszcie „Mroczny Rycerz” – na szczęście nie pragnąłem pomazać sobie twarzy na biało i podkreślić warg czerwoną szminką. Po tym filmie czułem pewien niedosyt, ale nie potrafiłem uciec od jego wymownej wizualności, a zwłaszcza od autodestrukcyjnej kreacji Jokera.
W tym kontekście „Incepcja” nie zaskakuje. Intensywność ekranowej wizji to motyw dla Nolana wyjątkowo charakterystyczny. Bombastyczna muzyka Hansa Zimmera, dosłownie przypierająca widza do ściany (czy lepiej: oparcia kinowego fotela), dynamiczne cięcia montażowe, nerwowe ujęcia operatora Wally’ego Pfistera. Nolan eksploruje styl, który wykuł, wspinając się na szczyt Hollywood. Styl niebanalny, niezwykle efektowny i dynamiczny, a zarazem technicznie perfekcyjny.
A jednak ten film zadziwia. Przede wszystkim dojrzałością. Splątanie i poplątanie wątków przyprawić mogłoby Ariadnę o zawrót głowy. „Incepcja” przypomina kreteński labirynt, przez który przebrnie tylko widz uważny. Widz, który nie da się zwieść efektownemu i efekciarskiemu obrazowi, nie pozwoli się zagłuszyć jerychońskim trąbom Zimmera. Widz, który nie straci głowy.
Nolan wyśnił historię z pogranicza science fiction. Podążamy wraz kosiarzami umysłów - szajka niejakiego Cobba (Leonardo DiCaprio) zajmuje się wykradaniem pomysłów z mózgów śniących ludzi. Bohater otrzymuje niezwykłe zadanie - ma dokonać incepcji, czyli zasiać w głowie pewnego biznesmena destrukcyjną ideę.
Odbiorcy filmu dzielą się zwykle na dwie grupy – jedni przyrównują obraz Nolana do „Matrixa” z 1999 roku, drudzy do niedawnej „Wyspy tajemnic” Martina Scorsese. Oba tropy słuszne, dostrzegam więcej paralel z kinem braci Wachowskich. Ale nie tylko, bo na podobnym koncepcie - iluzji rzeczywistości - opierały się także mniej pamiętane filmy, jak choćby „eXistenZ” Davida Cronenberga, a także „Być jak John Malkovich” i „Adaptacja” wymyślone przez Charlie’ego Kaufmana. I wreszcie fundamentalna inspiracja, o której też się zapomina – literatura mistrza science fiction Philipa K. Dicka, który zwykł mawiać, iż „rzeczywistość to coś, co nie znika, kiedy przestaje się w to wierzyć”. Podobny motyw poruszył i nasz Stanisław Lem w świetnym „Kongresie futurologicznym”.
A zatem nic nie istnieje. A jeśli istnieje, to wyłącznie w naszej wyobraźni. Mózg jest w tej koncepcji perpetum mobile, genialnym mechanizmem, który ma zadanie fundamentalne – buduje światy. To percepcja nadaje przedmiotom kształty i kolory, określa upływ relatywnego czasu, co pokazuje genialny fragment filmu, w którym przenikają się aż cztery plany czasowe. Budowanie i niszczenie bytów odbywa się w umyśle, w tym wypadku – w umyśle pogrążonym we śnie. Mogą się tu rodzić idee konstruktywne lub destrukcyjne. Mogą dziać się najbardziej niesamowite wydarzenia, włącznie z przejazdem pociągu przez główną arterię metropolii. Wszystko zależy od wyobraźni śniącego. Lub jej braku.
„Incepcja” to film dla ludzi z imaginacją. Osoby jej pozbawione potraktują wartą 160 mln dolarów superprodukcję jak dziwne kino sensacyjne z ponadprzeciętną mnogością dialogów, wybuchów, bijatyk i pościgów. Ale z ich fasadą kryje się coś więcej. Coś, o czym dotychczas wysokobudżetowe kino nie śniło. Nolan dokonał incepcji – zasiał ziarno filozofii w samym sercu, nomen omen, Fabryki Snów.
Rafał Stanowski
Fot. Warner
wtorek, 27 lipca 2010
Pościg za Predatorem (i kinem SF)

Predator umarł dawno temu. Kosmitę, który w roku 1987 przegrał starcie z Arnoldem Schwarzeneggerem, postanowił odkurzyć Robert Rodriguez – tym razem w roli producenta i współscenarzysty.
Amerykanin, przyjaciel Quentina Tarantino, autor „El Mariachi”, „Desperado” i „Sin City”, to mistrz kinowego miszmaszu. Uwielbia czerpać z produkcyjnych odpadów, dokonując artystycznego recyklingu – przywraca do życia zapomniane motywy, wątki, tropy. Nic dziwnego, że – jak sam przyznaje – z radością zabrał się do działnia, by tchnąć w Predatora trzeci żywot. W ten sposób – po „Predatorze” (1987) i „Predatorze 2” (1990) dostajemy kolejny film z serii pt. „Predators”. Tytuł nawiązuje do kultowej, drugiej części kwadrologii o Obcym – obrazu „Aliens”.
Predator nie jest jedynym, który umarł i leży sześć stóp pod ziemią. Całe kino science-fiction przeżywa regres, być może największy w dziejach tego gatunku. Choć technologia efektów specjalnych daje nieograniczone pole, na ekranach próżno szukać frapujących propozycji. Ostatni naprawdę dobry film z gatunku technologicznej fantastyki to „Matrix” sprzed ponad dekady (1999 rok). Łza kręci się w oku, gdy wspominamy lata 80., 70. czy złotą erę kina SF - przełom lat 50. i 60. Nie kręci się filmów, które mogłyby stanąć w szranki z „Łowcą androidów”, „Obcym”, „2001: Odyseją kosmiczną” czy nawet z pierwszym „Predatorem”, który był udanym mariażem kina akcji i dramatu SF. Filmy fantastycznonaukowe przegrały rywalizację z ich największych wrogiem, a zarazem konkurentem – horrorem. Kino grozy, adresowane do podobnej publiczności, stanowi dziś żyłę złota, zarówno w Ameryce, jak i Europie czy Azji.
Ta tendencja odbija zresztą globalną sytuację. Współczesny człowiek bardziej interesuje się własnymi sąsiadami, niż odkrywaniem dalekich planet. Nie obawia się najazdu kosmitów, lecz demonów kryjących się w nas samych.
W tym kontekście Rodriguez, który z potworami był zawsze za pan brat, podjął się niemal heroicznego czynu. Na swój statek kosmiczny zabrał ambitną załogę – węgierskiego reżysera Nimroda Antala, autora świetnych „Kontrolerów”, oraz aktorskie gwiazdy – Adriena „Pianistę” Brody’ego, Laurence’a „Morfeusza” Fishburna i Danny’ego „Rzeźnika” Trejo. Wrzuca ich w sam środek piekła, w dżunglę na odległej planecie, gdzie na ludzi polują Predatorzy – międzygwiezdni myśliwi, których ulubionym zajęciem jest pozbawianie ofiary „skalpu” - czaszki wraz z kręgosłupem.
Co z tego wynika? Z intelektualnego punktu widzenia niewiele, bo film nastawiony jest na akcję, akcję i jeszcze raz akcję. Od pierwszej, sugestywnej sceny, w której bohaterowie spadają z nieba, aż po wybuchowy finał akcja pędzi jak statek w hiperprzestrzenni. Z jednym wyjątkiem. To epizod, w którym pojawia się Laurence Fishburne - zdecydowanie najmocniejszy punkt filmu. Antal wraz z Rodriguezem wyhamowują, zanurzają się tu w klimaty hard SF znane z „Obcego” – w mroczne, technologiczne korytarze, gdzie bohaterowie walczą nie tylko z kosmitami, ale także z własnym lękiem czy szaleństwem.
Niestety, epizod szybko przemija i fabuła w finale biegnie pod dyktando efektów specjalnych. Twórcy mają problem z uchwyceniem napięcia. Nic tak nie straszy, jak porządna cisza. Tymczasem z głośników co chwilę dobiega muzyka, bohaterowie nie chcą umilknąć, a jeśli akurat nie mówią, słyszymy terkot broni maszynowej.
„Predators” pokazuje, że kino SF odleciało na daleką planetę. I straciliśmy z nim kontakt.
Rafał Stanowski
Fot. Imperial - Cinepix
Chiny za wielkim murem kapitalizmu

Chiny z impetem napędzają globalną gospodarkę. Tymczasem chińskie kino straciło artystyczny rozmach. „Chinka” pokazuje, że w Państwie Środka wciąż drzemie mnóstwo świetnych tematów. Trzeba tylko umieć je dostrzec.
Dekadę temu panowała moda na filmy z Dalekiego Wschodu. Błyszczał Wong Kar-wai z Hongkongu, mieliśmy zalew kosztownych chińskich produkcji w stylu wuxia, potem swoje pięć minut mieli Koreańczycy z południa, a zwłaszcza Park Chan-wook. Po kilku latach powodzi żółta rzeka zaczęła jednak wysychać. Wschodnie kino straciło impet, zamknęło w obrębie zbyt czytelnych schematów. Z ekranu zaczęło powiewać nudą, produkcje przestały być tak często zauważane na zagranicznych festiwalach.
„Chinki” jednak pominąć nie sposób, bo w 2009 roku dostała Złotego Lamparta na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Locarno, prestiżowej imprezie, gdzie pokazuje się filmy debiutujących reżyserów. A więc mamy do czynienia z twórcą istotnym, a raczej istotną, bo reżyserką jest - podobnie jak w tytule - Chinka Xiaolu Guo urodzona w 1973 roku.
Jej film to intymna opowieść o młodej dziewczynie z prowincji, dodajmy - z bardzo głębokiej prowincji. Obserwujemy metaforę chińskiej transformacji, która zresztą dokonuje się na naszych oczach. Na drugim, trzecim planie, za wiecznie zielonymi polami ryżu, stoją gigantyczne żurawie, budują się metropolie pełne drapaczy chmur, wielopasmowych dróg, miejskiego zgiełku. Chińskie miasta przestają się odróżniać od swych europejskich odpowiedników, co widzimy w drugiej części filmu rozgrywającej się w Londynie.
I tu, i tam ludzie okazują się równie zagubieni. Tak jak główna bohaterka, która odbywa wielką podróż - egzystencjalną i emocjonalną. Próbuje odnaleźć swoje miejsce i wciąż ponosi porażkę, zarówno w relacjach z najbliższymi, z Chińczykami, jak i obcymi - Europejczykami czy Muzułmanami. Jest obca - niezależnie od półkuli, na której się znajduje.
Smutny to film, a zarazem prawdziwy i przekonujący. Można przypuszczać, że w zamyśle miał być szerszą metaforą - Chińczyków zagubionych między Wschodem a Zachodem, między tradycyjną kulturą, którą unicestwił maoizm, a nowym wspaniałym światem, który oferuje mutacja komunizmu i kapitalizmu. Chińczyków wyalienowanych zarówno na polu ryżowym, w technokratycznej fabryce, jak i w roli żony u boku starszego Europejczyka. Symptomatyczne - jedynym przyjacielem bohaterki okazuje się bezduszny iPod.
Xiaolu Guo objawia niecodzienny talent. Film układa z epizodów, często luźno ze sobą połączonych. Nie porywa się na rozbudowaną fabułę, lecz wybiera drogę bezpretensjonalną, chwilami paradokumentalną, bliską reportażowi. Chinka portretuje Chinkę ze stoickim spokojem, brytyjskim dystansem i opanowaniem mistrza zen. Nie szarżuje emocjami, lecz robi to, co filmowiec potrafi najlepiej - podgląda egzystencję. Szkoda tylko, że chwilami film okazuje się oczywisty, a przebieg wypadków dość przewidywalny. Z drugiej strony - taka właśnie bywa proza życia. Niezależnie od tego, czy znajdujemy się w Chinach czy w Londynie.
Rafał Stanowski
Fot. Manana
Zdobywanie nowego Medala

Niedługo zacznie się wojna na twardych dyskach. EA jest właśnie w końcowej fazie tworzenia nowego hitu - odświeżonego „Medal of Honor” (premiera w połowie października). Dzięki polskiemu oddziałowi EA wzięliśmy udział w beta testach gry.
Pierwsze wrażenie? Czułem się, jakbym grał w miks „Modern Warfare” oraz starego, dobrego „Enemy Territory” plus trochę z „Battefield Bad Company 2”. W wersji beta mamy do dyspozycji dwie mapy i dwa tryby rozgrywki, które polegają w zasadzie na tym samym - zbieraniu fragów. Zgodnie z globalnymi wydarzeniami akcja osadzona jest w Afganistanie, o czym zresztą przekonuje nazwa jednej z mapek - Kabul City.
Wcielamy się w żołnierzy po obu stronach konfliktu, dzięki czemu dostajemy ciuchy w kamuflażu UCP albo turban i szatę. Do ręki wkładają nam M16, M4, M24 albo AK-47, AKS-74u, SWD w zależności od wybranej klasy - szturmowca, komandosa i snajpera. W miarę pięcia się w górę wojskowej hierarchii, którą wyznaczają zdobywane punkty i medale (of honor rzecz jasna) odblokowujemy nowe bronie i usprawnienia. Modyfikować możemy amunicję, lufę (np. zakładając tłumik) oraz optykę, co pomaga w sianiu spustoszenia na afgańskich pustkowiach. Podobnie jak w „Modern Warfare”, za serie ofiar otrzymujemy dodatkowe bonusy - w becie były to coraz bardziej wymyślne naloty.
Pod względem grafiki jest bogato, nawet zbyt bogato. W porównaniu do „BFBC2”, gdzie oszczędnie używano roślinności, ruin czy wraków, tutaj mamy prawdziwą ekspresję impresjonistów - na podobieństwo „Modern Warfare 2”. Fruwające papiery, iskry ognia, setki kamieni, beczki, wraki - czego tylko dusza zapragnie! Trochę jak w rosyjskim sklepie z Dolce&Gabbana, Versace, Armani, Louis Vuitton. W tej plątaninie można dość lekkiego oczopląsu i łatwo przeoczyć wroga, zwłaszcza w amerykańskim mundurze.
Mapa miejska jest dość ciasna, bardzo „modernowa”, z zaułkami i licznymi przejściami, którymi można obejść wroga. Grywalność: 5/5. Druga mapa to większy teren pozamiejski, który odblokowujemy w miarę postępu, trochę jak w trybie „gorączka” w „BFBC2”. Atakująca strona wspomaga się czołgiem, którym można sterować i strzelać. Mapa jest duża, bardzo dobrze przemyślana i również w pełni grywalna. Jeśli tak będą wyglądały wszystkie lokacje, to twórcom ze studia DICE należą się brawa.
Strzelanie - hmm, tu jest lekki problem. Bronie nie wykazują specjalnego odrzutu. Celowanie jest więc dość łatwe i premiuje błyskawiczny refleks. Z tego względu gra jest szybka, o wiele bardziej niż „BFBC2”, podobna do „Modern Warfare 2”. Do dyspozycji będzie tryb hardcore, który na razie jest jednak owiany tajemnicą.
Trudno powiedzieć, na ile beta przypomina finalny produkt pod względem fizyki. Zapewne wiele rzeczy zostanie poprawionych, a beta daje tylko ogólny pogląd. W zestawieniu z „BFBC2” jest parę rzeczy do zrobienia. Zapomnijmy o rozdających się ścianach. Większość murów zapewnia tu pancerną ochronę. Trzeba się przyzwyczaić, że granaty lecą na dość bliską odległość, bardzo szybko wybuchają i zadają słabe obrażenia. Zeskok z większej wysokości sprawia, że przez chwilę nie możemy biegać - to akurat ciekawy pomysł. Do poprawy jest także problem z lagowaniem - mimo posiadania podobnego pinga niektórzy gracze widzą wroga ewidentnie wcześniej. W szybkich starciach jest to problem. Genialna jest za to oprawa dźwiękowa - czujemy się, jakbyśmy strzelali z prawdziwej broni. Pod tym względem ani „BFBC2”, ani „Modern Warfare 2” nie mogą się równać z „Medalem”.
Krótko mówiąc - grało się przyjemnie. Z jednym wyjątkiem - beta miała bardzo irytującą tendencję do nagłego wizytowania Windowsa. Pulpit oglądałem niemal zawsze wtedy, gdy w pocie czoła uzyskałem serię trzech trafień... Zamiast bonusa - frustracja. Nie pomogło przeinstalowanie gry, grzebanie w ustawieniach itp. Musiałem się pogodzić z rolą przegranego…
„Medal of Honor” - pierwszy odcinek kultowej serii rozgrywający się we współczesności - zapowiada się naprawdę ciekawie. Będzie raczej rywalem krytykowanego „Modern Warfare 2” i jego rozszerzeń („Black Ops”), niż nieśmiertelnego raczej „BFBC2”. I bardzo dobrze, tym bardziej, że EA zapowiada już dodatek „BFBC2: Vietnam”!
Rafał Stanowski
|
|